Dzień zapowiadał się dość zwyczajnie, cz.II

– Coś podobnego! – były to pierwsze słowa wypowiedziane przez babcię na przyniesioną przez nas nowinę: w „Syrence” nie było wody grodziskiej. – Mój Boże, to że w „Delikatesach” nie ma to nic dziwnego, bo tam, jak to się mówi, obcy kapitał wszedł, natego. No Krawczyk na rogu też już nie sprowadza, bo zdaje się złotych zębów za to nie kupił… ale „Syrenka” to jest społemowskie, grodziską zawsze mieli! – tu nastąpiło kilka sekund wymownej ciszy, po czym babcia równie wymownie pokiwała głową i wróciła do kuchni. Po paru chwilach jednak dodała z kuchennych otchłani:

– Ja tam się jutro przejdę, tam taka Michalska pracuje, moja znajoma, jeszcze z kursów, ciekawa jestem co oni tam wymyślili. No przecież tak być nie może, natego. Siadajcie do stołu, obiad gotowy. Dziadka zawołajcie, bo on jak się zaczyta to nic nie słyszy.

Zdjąwszy buty wszedłem do trzeciego, poza jadalnym i „małym”, pokoju babcinego mieszkania. Pomieszczenie owo było co prawda jeszcze mniejsze od pokoju zwanego „małym”. Dziadek siedział na tapczanie, pochylony nad lekturą. Musiał być nią dogłębnie pochłonięty, gdyż jego ciało wyobrażeniowe wyświetliło się bardzo wyraźnie i prezentowało się przede mną w całej swej okazałości. A widok był to zaiste wspaniały. Obszar ciała wyobrażeniowego odpowiedzialny za sprawy życia codziennego był raczej zwyczajnej wielkości, może trochę mniejszy niż u większości ludzi. Znajdujący się ponad nim obszar wyobrażeń intelektualnych jawił się jako bardzo silnie rozwinięty, ale prawie w ogóle nie zawierał obrazów – dominowały przeróżne teksty, głównie hasła encyklopedyczne, fragmenty gawęd szlacheckich oraz rozmaite sentencje i przysłowia w formie zarówno pisanej jak dźwiękowej. Natomiast najbardziej imponująco przedstawiała się najwyższa część dziadkowego ciała wyobrażeniowego, zawierająca to wszystko co zwykło się okreslać jako marzenia. Część ta przybrała gigantyczne rozmiary, ale próżno było tam szukać typowych dla niej obrazów romantycznych uniesień, wystawnego życia lub wspomnień z dzieciństwa. Dziadek stworzył w niej bowiem ogromne połacie zieleni: nieprzebrane hektary lasów, łąk i ogrodów. Bardzo niezwyczajne były to jednak tereny – równolegle do nich rozwijał się tam świat szczegółowej klasyfikacji całej znanej dziadkowi flory. Wszystkie rośliny w owej rzeczywistości były uszeregowane na rozmaite sposoby: oprócz odgrywającej główną rolę systematyki botanicznej, dziadek podzielił je na lecznicze, trujące, ozdobne, chronione, najbardziej przez siebie ulubione, względem koloru, wielkości, obszaru występowania, użyteczności kulinarnej oraz na wiele innych grup, których istnienie nie zawsze było dla mnie w pełni zrozumiałe. Dziadek, z wykształcenia i zawodu leśnik, w oczywisty sposób interesował się botaniką, chociaż nie spodziewałem się, że jego pasja tak go pochłonęła. Rozmiary i doskonałość tego uniwersum świadczyły ewidentnie o tym, że dziadek musiał w stworzonym przez siebie świecie spędzać znacznie więcej czasu niz na jawie, pielęgnując go pieczołowicie. Schematyczne przedstawienie dziadkowego ciała wyobrażeniowego (zob.ryc.3) w żaden sposób nie może oddać jego majestatu.cialo wyobrazeniowe dziadkaryc.3

Warto przy okazji, gwoli porównania, zerknąć na ciało wyobrażeniowe babci (zob.ryc.4). Przedstawia się ono równie poczciwie, chociaż trochę bardziej typowo. Część reprezentująca życie codzienne jest bardzo dobrze rozwinięta i mimo obfitości myśli panuje w niej porządek. W części wyobrażeń intelektualnych, normalnej wielkości, znajdują się głównie liczby i działania, zaś obszar marzeń wypełniają obrazy z dzieciństwa i młodości spowite dźwiękami piosenek Hanki Ordonówny, Mieczysława Fogga oraz legionowych.cialo wyobrazeniowe babciryc.4

– Dziadku! Bo obiad jest! – powiedziałem głośno, dziadek bowiem miał problemy ze słuchem, co mu podobno zostało po wybuchu bomby za czasów wojny.

Dziadek podniósł głowę znad lektury i przywołał mnie do siebie charakterystycznym dlań, udającym powagę skinieniem. Gdy zasiadłem obok, przemówił powolnym, gawędziarskim tonem – jednocześnie jakby powierzając mi wielce ważne sekrety :

-To jest bardzo dobra książka.- dziadek pokazał mi lekturę w której własnie był się zagłębiał: Rosliny nasięźrzałowate. –Napisał ją profesor Szczepan Maczek, wybitny botanik. W czasach kiedy studiowałem na Akademii Rolniczej on był rektorem uczelni. Ja mam z nim zdjęcia, muszę poszukać to ci kiedyś pokażę, on prowadził Koło Przyjaciół Botaniki. Nasięźrzałowate to grupa paproci. Należą do niej nasięźrzały i podejźrzony. Bardzo podejrzliwe rośliny! – tu dziadek rubasznie się zaśmiał unosząc palec do góry. – Słyszaleś kiedy o nich?

Pokiwałem przecząco głową.

-Tu są bardzo dokładne opisy, cała morfologia, występowanie…również historia i zastosowanie. Ja ci tę ksiazkę dam, a sam sobie kupię drugą, widziałem właśnie w księgarniach nowe wydanie.

– Yy…a tak, to dziękuję dziadku!

– Nie trzeba dużo, codziennie sobie o jednej roślince przeczytać! – rzekł dziadek zachęcająco. – Schowaj sobie do plecaka, bo później jak będziesz jechać to zapomnisz. Weź weź, ja sobie drugą kupię.- dziadzio chciał mnie najwyraźniej pozbawić wyrzutów sumienia z powodu odbierania mu tak wartościowej knigi.

– A tak… – z grzeczności obejrzałem pobieżnie ksiażkę, udając jako takie zainteresowanie i schowałem ją do walającego się na podłodze plecaka. W tym momencie zainterweniowała babcia.

– Na miłośc boską, Jerzy! Daj chłopakowi spokój, obiad jest! Słyszysz?! Skaranie boskie…

Dziadek poderwał się z kanapy w takim mniej więcej pośpiechu, jak gdyby trzeba było nagle dla ratowania życia ewakuować się z domu, i powędrowaliśmy do pokoju jadalnego. Czekał tam na nas tradycyjny obiad jadany w babcinym domu. Na pierwsze danie zupa, dzisiaj – barszcz biały z grzankami.

– Bo to musi być gusto, tłusto i… – rzekł dziadek z jowialnym uśmiechem siadając do stołu. Mieliśmy w domyśle dokończyć to powiedzonko, jednak dziadek, otrzymawszy w odpowiedzi jedynie poczerwienienie na naszych twarzach, dokończył sam:

– I mnoho! Gusto, tłusto i mnoho!

Przystąpiliśmy więc do obiadowania. Kiedy każdy z nas nasycił się trzema talerzami zupy, babcia przyniosła z kuchni drugie danie. W jego skład wchodził niewielki garnuszek zeszłego rosołu, pieczony kurczak, gulasz wieprzowy, kotlety mielone, kotlety schabowe, ziemniaki tłuczone, ziemniaki nietłuczone, ziemniaki odsmażane z wczorajszej kolacji, kopytka, bigos, mizeria, sałata ze śmietaną, surówka z kapusty kiszonej i marchewki, buraczki w zalewie cynamonowej oraz ogórki kiszone. Konsumpcji towarzyszyły regularne interwencje krzątającej się babci, która obserwując nakrycie stołu utrzymywała, jakoby spożywana przez nas ilość pokarmu była niewystarczająca do zachowania naszych organizmów w stanie ożywionym. Po drugim daniu babcia przyniosła herbatę, później lody, później znowu herbatę, a później oznajmiła, że ma dla nas coś na deser, i na stole pojawiła się babka ziemniaczana. Lekko przerażeni, nie zdołaliśmy jednak oprzeć się jej zaletom, zostawiając jeden humorystycznie mały kawałek tego specjału. Wreszcie babcia usiadła przy nas i pogawędziliśmy trochę – a to na tematy kulinarne, gdyż po takiej uczcie nie wypadało nie powychwalać babci wyczynów, a to na temat tego co Kobra zrobił z włosami , chociaż nie zrobił był nic. W końcu uznaliśmy zgodnie, że nadszedł czas sjesty i rozeszliśmy się po pokojach. Ja z bratem zamknęliśmy się w pokoju „małym” zwanym, i zaczęliśmy planować wyprawę na dzialkę. Było już grubo po piętnastej, a rzecz wymagała pewnych ustaleń.

– Dobra, to powiemy babci że idziemy na spacer. Poczekajmy jeszcze piętnaście minut i chodźmy. – postanowiłem.

– Przydałoby się mieć klucze do altany. – zauważył słusznie Kobra.

– Kurcze, racja. – rzecz zbiła mnie trochę z tropu, bowiem babcia klucze miała najpewniej jak zwykle w swojej torbie. – Musimy je jakoś zdobyć. Gdzie jest babcina torba?

Kobra zajrzał na chwilę do pokoju jadalnego i wrócił.

– Babcia ma ją przy sobie koło krzesła i ogląda telewizję. To może powiemy babci że chcemy iść na działkę?

– Nie, babcia mogłaby zacząć podejrzewać że coś kombinujemy, albo co gorsza zechcieć jechać z nami. Hmm…trzeba będzie astralnie wrzucić babci na trzecie oko jakąś niepokojącą myśl. Czekaj. Wiem! Czy gaz jest zakręcony w kuchni. Babcia na chwilę tam pójdzie a my szybko weźmiemy klucze.

Kobra nie wyglądał na zachwyconego tym pomysłem.

– Czy ja wiem, głupio wobec babci takie manipulacje stosować. Chyba lepiej je po prostu uczciwie wykraść.

Ta reprymenda nieco mnie zdenerwowała, miałem nawet ochotę walnąć Kobrę z całej siły pięścią w ramię, ale stwierdziłem iż lepiej nie psuć obopólnej atmosfery przed ważną działkową misją.

– No dobra…to idź babcię zagadaj o czymś, a ja zakradnę się pod stołem i wezmę z torby klucze.

Kobra poszedł więc do pokoju jadalnego wykonać pierwszy etap operacji. Ja z małego pokoju nasłuchiwałem.

– Yy…babciu? – zaczął Kobra.

– Słucham? – babcia oderwała wzrok od telewizora.

– Y…bo Mateusz się pyta czy byśmy mogli iść na spacer.

Gdy usłyszałem te słowa krew napłynęła mi do głowy i taką wsciekłość w sercu uczułem, że mógłbym pobiec do Kobry i solidnie mu wtłuc, jednak wstyd mi było po takim pytaniu pokazywać się przed babcią. Słuchałem więc dalej i przygotowywałem się do wykonania drugiego etapu.

– A gdzie się wybieracie? – gorszego pytania babcia nie mogła zadać.

– A tak…się przejść. Ogólnie, po mieście.

– Ależ proszę bardzo, chcecie to idzcie. Tylko się ubierzcie ciepło bo dziś wiatr. Jakby się wam chciało to możecie do Zośki wpaść, wzięlibyście dla niej trochę powideł.

Ciocia Zosia była mamą dwóch naszych kuzynek, Ali i Elwiry, nieco od nas młodszych. Zarówno ich obecność jak i obecność cioci Zosi traktowalismy jako większe lub mniejsze zmącenie naszego spokoju. W obliczu zaś naszych dzisiejszych planów odwiedzanie cioci w ogóle nie wchodziło w rachubę.

– Yy…dobrze, to my możemy iść. – odparł Kobra chwiejącym się głosem. Po tych słowach wsciekłość moja osiagnęła poziom tak krańcowy, że prawie się popłakałem, ale w desperacji postanowiłem mimo wszystko wykonać swoje zadanie. Zakradłem się na czworakach pod stół.

– To jak będziecie szli to weźcie, tam w kuchni stoją przygotowane, trzy słoiki powideł. Obok kuchenki stoją.

– Y…dobrze babciu. – Kobrze zbierało się na śmiech, widział bowiem że jestem pod stołem. Wreszcie nie wytrzymał i parsknął gromkim śmiechem. Babcia spojrzała na niego zdziwiona i zaraz potem dostrzegła mnie, skulonego pod stołem, wyciągającego rękę w kierunku torby. Roześmiałem się również i chichraliśmy się z Kobrą dobre półtorej minuty. Babcia, jakkolwiek w pewnym stopniu zadowolona z widoku tak wesołych wnuków, nie wiedziała jednak do końca co sądzić o tych dziwactwach i rzekła zniecierpliwiona:

– Słuchajcie stare konie, może byście się na działkę przeszli zamiast się wygłupiac, co? Za rok, drugi do liceum bedą iść, a w głowie jak to się mówi kiełbie, natego. Ja dziś nie jadę, trochę mnie w krzyżu boli, natego, w domu muszę pranie zrobić, muszę dżemy pogotować, akurat byście się przeszli i popodlewali.

Zadowoleni z takiego obrotu spraw przytaknęliśmy ochoczo babcinej idei i zaczęliśmy się ubierać.

– Weźcie klucze do altany, jakby zaczęło padać albo co, koło lustra powinny wisieć.

Klucze rzeczywiście wisiały kolo lustra. Pochwyciliśmy je i wybiegliśmy z mieszkania pełni radości i podekscytowani, jakby na nas na babcinej działce miały czekać niewiadomo jakie cuda.

C.D.N.      (kisz)

Jedna odpowiedź to “Dzień zapowiadał się dość zwyczajnie, cz.II”

  1. Krystyna Janda Says:

    No i to jest już po prostu, nie da się inaczej nazywać – miszczostwo świata ten wpis. No gdyby nie moja niechęć do autora, to bym się z poszanowaniem ukłonił.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: