Listy do Francji, cz. XIV

W całym mieszkaniu tata rozłożył się z piecykiem gazowym, opary kwasu solnego przenikały powietrze. Snuliśmy się jak widma od małego pokoju do kuchni, pojadając: ja ziemniaki ze śmietaną, Mati mięso wołowe i wiśnie z kompotu, podanego dziś do obiadu ze względu na mini święto – moje niby imieniny. Permanentne dopełnianie żołądków wynikało z uczucia skrajnego przygnębienia, wywołanego z kolei czekającym nas dnia następnego egzaminem na kartę rowerową. Tym razem mieliśmy wprawdzie ze sobą zabrać wigry i gila (poprzednio zdawaliśmy na góralach, które dla naszych nóg stanowiły rodzaj bicykli), obawy uzasadniała jednak częstotliwość, z jaką używaliśmy owych wehikułów. Jakiś czas temu robiliśmy z wujkiem Jerzykiem badania – mi wyszło, że ja zdam, ale wujkowi wyszło, że Mati nie zda, a Matiemu wyszło, że obaj nie zdamy i że akcje giełdowe wujka pójdą w górę. I chociaż – obliczona na podstawie doświadczeń z kartami – skuteczność wahadlarska naszej trójki wynosiła zaledwie dwadzieścia procent, adrenalina rosła z godziny na godzinę. Wieczorem Legia przegrała w 1/16 pucharu UEFA z Besiktasem Stambuł i było nam już wszystko jedno.

коБи

Odpowiedzi: 2 to “Listy do Francji, cz. XIV”

  1. Młot na debili Says:

    O jezu debil znowu …

  2. Kartę rowerową – masz?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: