Grad na Jesienina

    panowie rosolowicz i pieczula   Znajomość panów Konstantego Rosołowicza i Joachima Pieczuły trwała od dobrych dziesięciu lat. Spotykali się średnio dwa razy w tygodniu na ulicy Jesienina – mniej więcej z taką bowiem częstotliwością czas opuszczenia przez nich miejsc pracy synchronizował się: pan Konstanty wychodził z biura księgowego, pan Joachim zamykał swój zakład jubilerski. Natknąwszy się na siebie i wymieniwszy grzecznościowe zapytania, rozwijali dyskusje na tematy z kręgów takich jak polityka, obawy i nadzieje społeczne, tendencje w krajowej ekonomii, jak również piłka nożna oraz – nierzadko – filozofia. Zdania panów Konstantego i Joachima różniły się diametralnie w każdej praktycznie kwestii. Pierwszy był zdeklarowanym marksistą-leninistą, po dwudziestu niemal latach wciąż boleśnie rozpamiętując „zmianę ustroju”, a złorzecząc współczesnym socjaldemokratom jako farbowanym lisom. Drugi pozostawał niepoprawnym gospodarczym liberałem i ubolewał, że nic się w kraju nie zmieniło i wciąż mamy komunę. O ile pan Konstanty widział we współczesnej młodzieży całościową i geometryczną degrengoladę, jego znajomy powtarzał z przekonaniem, że dzisiejsza młodzież, żyjąca w nieco lepszych czasach, wyrośnie przecież na jeszcze lepszych ludzi. Jeden zapalczywie wspierał Widzew w rozgrywkach krajowych oraz Liverpool w zagranicznych (argumentował uparcie, jakoby były to „bliźniacze kluby”), ulubieńcami pana Joachima były zaś ŁKS i Barcelona. Ten był wielbicielem myśli Platona, uznając w nim ojca całej zachodniej umysłowości, tamten – filozofię europejską miał w pogardzie, określając ją jako „popłuczyny”, i zapamiętale studiował pisma klasycznych indyjskich i chińskich myślicieli. Zgadzali się właściwie tylko w jednym – podzielali opinię, że dobrze określone poglądy i preferencje świadczą o sile charakteru, budują zdrowe ego jednostki, i ostatecznie tworzą wartościowe społeczeństwo. Ich rozmowa trwała zazwyczaj około piętnastu minut, choć czasami, w wypadku wyjątkowo dobrej pogody a także ponadprzeciętnej różnicy zdań – mogła przeciągnąć się nawet do trzech kwadransów. Kiedy dyskusja osiągała punkt, w którym argumenty po obu stronach zostały bezlitośnie wyczerpane, a rozmówców poczęło ogarniać niezdrowe uniesienie, któryś z panow grzecznie stwierdzał, iż robi się pózno, tudzież chłodno, ewentualnie że może zacząć padać, w czym drugi się z nim dla odmiany najzupełniej zgadzał. I tak, w dobrych nastrojach, dżentelmeni rozstawali się, prowadząc dalszą dyskusję jedynie w swoich własnych głowach.

 Pewnego marcowego popołudnia, kiedy wykwitał właśnie problem wyższości partytury nad improwizacją muzyczną, stało się coś, co jeszcze nigdy, przez całe dziesięć z okładem lat znajomości panów Konstantego i Joachima nie miało miejsca. W przeciągu nie dłuższym niż pół minuty niebo spowiła granatowoczarna wełna, a po chwili w gustowny kapelusz pana Konstantego i nienagannie zmięty kaszkiet pana Joachima uderzał już solidny i gęsty grad. Pan Konstanty miał już rzucić zwyczajowe: „trzeba będzie się zbierać”, kiedy to pan Joachim, nagle i niespodziewanie, wykrzyknął głosem duszącym w zarodku każdą wątpliwość: „Panie Konstanty, biegiem do mnie! Mieszkam nieopodal, może tak tłuc jeszcze przez kilka godzin!”. Jakkolwiek wątpliwości nie miały duzej możliwości się pojawić, bo nie dość, że pana Joachima głos w zarodku dusił, to jeszcze grad bardzo szybko wdał się w widoczne – szczegolnie na twarzach – znaki, to jednak przemknęło jak błyskawica przez umysł pana Konstantego: „zaraz, ale jak to… przecież na tym polega nasza, jakże wartościowa, znajomość, że nie chodzimy sobie nawzajem po mieszkaniach, nie czujemy się w obowiazku odwiedzać, gdy jesteśmy chorzy, nie interesuje nas stan majątkowy drugiego ani w ogóle zupełnie nic, co dzieje się z nami poza tymi paroma kwadransami w tygodniu, poświęcanymi sobie wzajemnie na budujące rozmowy na ulicy Jesienina..!”. Dylematy te, które w jakiś sposób wydostały się z zarodka, szybko rozwiały dwie rzeczy: nie duszący w zarodku już, ale rozwiewający z siłą orkanu, naglący krzyk pana Joachima: „Panie Konstanty, szybko, nie ma co się zastanawiać!”, a także krótka, nie wiadomo skąd myśl: „właściwie, za dwa lata przechodzę na emeryturę… nic nie pozostaje takie samo na wieki”.

 Pan Konstanty Rosołowicz, księgowy, z wielce przesadną nieśmiałością postawił pierwsze kroki w mieszkaniu jubilera, pana Joachima Pieczuły. Poczuł ciepło oraz zapach – ten odrębny dla każdej izby zamieszkanej przez istotę ludzką, przypisany, niepowtarzalny jak odcisk czoła, zapach. Wyczuł w nim miłe a zasakujące nuty: drzewo dębowe – czyżby ogrzewanie kominkowe? I wreszcie… tytoń? Czy to możliwe..? „Proszę się rozgościć, panie Konstanty” – przerwał zmysłowo-umysłowe dochodzenia pana Konstantego pan Joachim. „Ależ co pan, tak poczekam, zaraz przestanie, szkoda buty zdejmować” – odparł taktownie księgowy. „Proszę nawet nie myśleć o zdejmowaniu obuwia, w mieszkaniu jest dość zimno” – powiedział pan Joachim – „niech się pan nie przejmuje, tylko śmiało wchodzi do środka”. Pan Konstanty uznał, iż nie będzie zbyt uprzejmie nalegać, wszedł więc do pokoju gościnnego z jeszcze bardziej przesadnie podkreśloną nieśmiałością. Zauważył, jak pan Joachim wyciąga coś z szafki. Okazało się, że to butelka złocistego trunku oraz dwa duże kieliszki. „Napije się pan ?” – zapytał pan Joachim, nalewając już do kieliszków. Po dłuższej chwili milczenia pan Konstanty odrzekł: „To pan pije alkohol!?”. W jego głosie pobrzmiewało zaskoczenie i oburzenie. „To zabawne, panie Konstanty. Myślałem, że raczej zacznie pan kiperski, a może nawet ideologiczny, wywód na temat dominacji burbonu albo czystej wodki nad koniakiem” – uśmiechnął się jubiler. Po kolejnej chwili milczenia pan Konstanty odpowiedział: „Nie, panie Joachimie. Spożywanie alkoholu przez stworzenia rozumne uważam za haniebne”. „A widzi pan. Ja za to od zawsze uwielbiam koniak” – pan Joachim uniósł kieliszek w geście toastu, i wychylił go duszkiem, chociaż nalał sobie niemało. „Proszę się nie martwić, wypijam butelkę na miesiąc. To chyba nie tak dużo ?” – zażartował pan Joachim, widząc coś w rodzaju obrzydzenia na twarzy pana Konstantego. „To stanowczo za dużo, panie Joachimie” – odparł ten – „ale w końcu, jest pan u siebie w domu”. Nastał dłuższy moment milczenia, aż wreszcie pan Joachim zapytał: „Pan pozwoli, że włączę muzykę?”. „Oczywiście” – zgodził się pan Konstanty. Pan Joachim podszedł do gramofonu, wyciągnął czarny krążek ze stojącego nieopodal zbioru, następnie rozległy się pierwsze takty muzyki. Dało się w nich słyszeć perkusję oraz instrumenty dęte. „Panie Konstanty, proszę usiąść, bardzo proszę” – zachęcił pan Joachim. Pan Konstanty, trochę wbrew sobie, postanowił zmyć z twarzy uprzednią niechęć, i z delikatnym uśmiechem, próbując nawet delektować się dźwiękami płynącymi z gramofonu, usiadł na kanapie. „Chciałbym panu coś pokazać” – powiedział poważnie pan Joachim. Wyjął z kolejnej szafki metalowe, obdrapane nieco pudełko. Z niejakim trudem otwarł wieczko, i wysypał jego zawartość – dwa kawałki metalu brzęknęły o ławę. Znowu zapanowało milczenie. „Co to ma być?” – zapytał trochę zdezorientowany, a trochę znudzony pan Konstanty. „To są łuski, panie Konstanty” – wyjaśnił pan Joachim. „Że łuski to widzę, panie Joachimie. Po co mi je pan pokazuje ?” – pytał dalej księgowy. Pan Joachim zadumał się, tak jak był powinien zadumać się ktoś rozpoczynajacy opowieść. „Byliśmy w liceum, w drugiej klasie. Kopernik, wie pan. Najlepsi kumple. Zakochaliśmy się w tej samej dziewczynie. Ona chodziła do A, my do C. Zresztą, pół szkoły się w niej kochało, była bardzo ładna. Pewnego razu rozmowa zeszła na dziewczyny, i wtedy wyszło. No, że my obaj, wie pan. Zaczęliśmy się kłócić i poszarpaliśmy się trochę, a następnego dnia Cezary wymyślił pojedynek. Kolega z klasy miał ojca, który kolekcjonował broń, więc wybłagaliśmy, żeby przyniósł nam dwa pistolety i po naboju dla każdego. Zgodził się też robić za sekundanta. Za dwa dni, po lekcjach, poszliśmy na tereny przy boisku. Jurek zaczął odliczać, potem odwróciliśmy się… no, nie wyszło to wszystko najciekawiej. Oddałem strzał, po czym uświadomiłem sobie, iż kilkanaście metrów za Cezarym pojawiła się jakaś kobieta z psem… „. Pan Joachim zawiesił głos, a pan Konstanty wstał, i najuprzejmiej jak mógł oznajmił: „Panie Joachimie, wystarczy. Nie mam zamiaru tego dalej wysłuchiwać. Tym bardziej po alkoholu i przy dźwiękach dekadenckiej muzyki.” „Ależ panie Konstanty, niech się pan nie obawia. Proszę usiąść jeszcze na minutę, zaraz kończę” – powstrzymał go pan Joachim. Z wielkim oporem pan Konstanty ponownie zasiadł na kanapie. „Nic się nie stało, obaj chybiliśmy. Kobieta z psem w popłochu uciekła. Cezary też się przestraszył i pobiegł, wołając na odchodne, że jeszcze się policzymy. Ja zabrałem tylko łuski na pamiątkę, i razem z Jurkiem czmychnęliśmy z miejsca zdarzenia”. Pan Joachim przerwał, a z ust pana Konstantego wydobył się donośny odgłos czy to ulgi, czy znużenia. Jubiler długo milczał, patrząc przed siebie, pan Konstanty zaś zaczął się wiercić, nie wiedząc za bardzo, co ma powiedzieć. „Po co on to wszystko opowiada?” – zastanowił się. Jak dotąd, nigdy nie rozmawiali o kobietach, wiedzieli o sobie jedynie, że jeden z nich jest wdowcem, a drugi kawalerem. „No, a co z dziewczyną ?” – zapytał w końcu pan Konstanty, żeby ruszyć powietrze. Pan Joachim westchnął. „Żadnego z nas nie chciała. To znaczy, żaden z nas nawet nie zamienił z nią słowa. Po jakichś trzech miesiącach zaczęła chodzić z Wyszczakiem, drągalem z III B, a w następnym roku szkolnym wyjechała do Włoch. Jej ojciec pracował w dyplomacji”.

 Wybrzmiały ostatnie słowa rzewnego Wiem, że nie wrócisz Czesława Niemena, po czym nastała kompletna cisza. „Cisza” – pomyślał pan Konstanty – „Grad ustał”. „Będe się zbierać” – powiedział. „A tak, tak, oczywiscie, panie Konstanty” – odrzekł ze zrozumieniem pan Joachim – „dziękuję za wizytę”. „Przyjemność po mojej stronie, panie Joachimie” – dopełnił grzeczności pan Konstanty – „dziękuję za koniak, i za opowieść. A, no i za… muzykę”. „Nie ma za co, panie Konstanty, do zobaczenia w tygodniu na Jesienina”. „Do widzenia, panie Joachimie. Barcelona gra z Lyonem za parę dni” – wypowiedział ostatecznie pan Konstanty, i wolnym krokiem wyszedł na klatkę schodową. Podreptał w dół po dwupiętrowych schodach, aż wreszcie opuścił budynek. Było już prawie ciemno. Wciągnął mokre powietrze głęboko do płuc. „Zapomniałem zapytać, czy pali fajkę” – pomyślał – „może jeszcze będzie okazja”.                       (kisz)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: