Archive for the Letnia garmażerka Category

Pogawędki przy szachach

Posted in Letnia garmażerka with tags , on Listopad 22, 2017 by tonguetonic

szachy w parku– Pana godność?
– Lewandowski. Robert Lewandowski.
– O, to ładnie się pan nazywa.
– A dlaczego?
– No tak jak piłkarz.
– To ładnie?
– No wie pan, kiedyś wszyscy nienawidzili nazwiska Lewandowski, teraz wszyscy kochają, także ja bym się cieszył.
– Co…dlaczego wszyscy nienawidzili?!
– A bo to, wie pan, żydowskie nazwisko, od Lewitów, potomków Lewiego.
– Jakie żydowskie, co pan? To od lawendy jest.
– To by było Lawendowski jak od lawendy.
– No, to się przecież przekręciło po latach, jak wiele innych nazwisk.
– Tak tak, kilku milionom ludzi się przekręciło, akurat.
– Panie, to w takim razie jak kilka milionów Polaków jest Żydami razem ze mną, to i ja mogę być.
– No nie od razu kilka milionów, proszę pana, może paręnaście tysięcy.
– Przecież sam pan powiedział, że kilka milionów.
– Nie kręć, Żydzie…Szach.

(kisz)

 

Reklamy

Jak narysować Pikachu

Posted in Letnia garmażerka with tags on Listopad 16, 2017 by tonguetonic

jak narysowac pikachu i jak rozpoznac raka

Jak się rysuje Pikachu? No normalnie się rysuje, a jak? No najpierw głowa, potem tułów, potem ręce, nogi…Na końcu robisz szczegóły i tyle. To co ty, masz dziesięć czy tam jedenaście lat i Pikachu nie potrafisz narysować? Przecież to małe dzieci rysują, to ty nie potrafisz? To musisz od razu po internecie szukać? No wiesz co…To czego was tam w tej szkole uczą? Posyłają rodzice do tych szkół nie wiadomo po co, siedź dzieciaku w kieracie codziennie po osiem godzin, a on potem jak inwalida nie potrafi narysować normalnie. To po co do tych szkół ganiasz? Żeby potem po wielce dobrej szkole iść na wielce dobre studia? A potem co, wielce dobra praca, tak? Najlepiej w banku lub korporacji dobrze się rozwijającej, a jak już doktor (co to ludzi chemią zabija) albo prawnik (co to degeneratów broni), to już Pana Boga za nogi, tak? A potem co? Dobry dom starców i dobry cmentarz. No pogratulować życiorysu i pomyślunku, naprawdę, szczyt możliwości dla człowieka. Już mówię że nic tylko lać i patrzeć czy równo puchnie. Dziesięć metrów przede mną.

Co? Że do serii ma być jak rozpoznać psychopatę? Nie, nie psychopatę, jak rozpoznać raka, tak? Acha…to w sumie nie jest taka prosta sprawa, wiesz. Bo naprzykład są dwie osoby. I jedna lubi pizzę taką tylko żeby była gorąca, podgrzana dobrze, a druga chce żebyś jej wypiekł na węgiel prawie, rozumiesz, kiełbasa żeby była taka już podsuszona i brzegi mocno zbrązowiałe czy niemalże prawie czarne. I podobnie te osoby będą mieć z jajecznicą: jedna będzie chciała taką luźną, że rozumiesz białko ledwo ścięte a żółtko prawie pływa, a druga chce żeby to wysmażyć na sucho, że już na patelni przypalone powoli zostaje. I wiesz, teraz otwierasz jedną książkę to ci napiszą że ta co lubi mało wypieczone to jest zdrowa, bo bliżej surowego jest, a ponadto ma w sobie dużo energii ognia (posiada silną wolę, dużo przebywa na słońcu, itp.) i już nie potrzebuje tego ognia z jedzenia ciągnąć. A otwierasz drugą książkę i tam tak stoi: jeśli osoba spożywa dobrze wypieczone, wysmażone pokarmy oznacza to, iż posiada w ciele dużą ilość ognistej energii i jest z nią oswojona, toteż może sobie pozwolić na spożywanie pokarmów o wysokiej zawartości ognia. Taka osoba raczej nie będzie chorować. Natomiast osoby słabe, wątłe, chorowite, nie będą chciały spożywać dań ‚ognistych’, gdyż ich system energetyczny po prostu by tego nie wytrzymał; będą jeść wodnistą, niedogotowaną strawę, niewymagającą przegryzania i łagodną dla przełyku, a im dalej w życie, tym bardziej będzie ich ciągnąć do rozmaitych papek.

A doktor? Doktor to ci w ogóle nic nie powie, tylko tak cię będzie ganiać: tu pani pójdzie, tam się pani prześwietli, potem pani przyjdzie, potem pani to, potem tamto. Tu „nie wiemy jaka jest przyczyna”, tu „prawdopodobnie są jakieś zmiany”, tam „prawdopodobnie jest to złośliwe”. I tak ganiaj od jednego do drugiego z przerażeniem i nadzieją w oczach, a na końcu cię mądry do kostnicy odeśle. A co mu tam, przecież nauka leczy parę procent przypadków, to się w statystyce zmieści. On tam ma pięćdziesięciu paru innych pacjentów co na wielką łaskę czekają. No, ale jak ktoś się nie wyleczy z raka pijąc wodę utlenioną to będzie wielka afera: ciemnogród, szarlatan, ludzie przez niego umierają.

To nie ma co (jak mawiał Kantor)!                                             (kisz)

Dzwoń, dzwoneczku!

Posted in Letnia garmażerka with tags on Październik 27, 2017 by tonguetonic

kiszecki czyta swiatlogrodzkiegoKupił wreszcie tę książkę, bo już od paru tygodni chodził i o niej gadał. Po drodze wściekł się na połowicę i rzucał chlebem (jak czubek), kiedy się okazało, iż domowe środki na zakup nie wystarczą. Insynuował, jakoby żeńszyna spowodowała zbyt duże zużycie internetu oglądaniem miernych seriali. Wojował z myślami, czy kupić teraz i zapłacić rachunek w innym terminie, czy kupić w innym terminie i zapłacić rachunek teraz. Po paru dniach jednak kupił, a zapłaci w innym terminie. Przecież jak ma tę książkę, to zacznie nowe życie. Program w głowie już układa się. Pierwsze co, trzeba jednak zadzwonić do brata i popisać się objawieniami w literach zawartymi. Dzwoni, gada głosem nakręconym, skończyły mu się środki – doładował i znowu dzwoni. Brat niby to podziela uniesienie, ale jakby nie na tyle, na ile jest zasługiwane i nie tak, jak było oczekiwane. Aby wrażenie niedosytu zamazać, trzeba jak najwięcej nawijać. Dobra, rozmowa skończona. Zrobić herbatę, zjeść chleba z wędliną (od jutra przecież nowe życie), wypić mocną herbatę z cukrem. Będzie siedział po nocy, plan na jutro ułoży: oczyszczanie, program ćwiczeń, harmonogram na pół roku, zdrowe zakupy. Jeszcze nagra się w szachy ile wlezie (od jutra życie będzie idealne, więc z szachami koniec, likwiduje konto), aż go sen zacznie morzyć. Rankiem obudzi go rozdrażnienie – nie wyspał się, a herbatą pobudzać się nijak, jako że pił ją późnym wieczorem (poza tym miał z kofeiny rezygnować); doszło też do niego, że trzeba zapłacić rachunek w innym terminie, a jeszcze wydał na doładowania. A jeśli ma przeprowadzić zakupy żywieniowe w organicznym sklepie, musi wydać jeszcze więcej – bez tego jak zrealizuje co do joty idealny program? Znowu więc na żeńszynę wjeżdża, robi się awantura…

Tak naprawdę, Światłogrodzki [w publikacji lubelskiego wydawnictwa Veda jako Światłogrocki – jest to kolejna wersja nazwiska, której używał ekstrawagancki autor; odkryto również pseudonim Arnulf Lichtengrott] nie pisał o żadnych zakupach – gdzieżby on tam, na Sachalinie, prawie sto lat temu, zdrowe zakupy robił? Do ścieżki ognia wystarczy las, słońce, własna uryna oraz siła ducha, aby ćwiczenia wykonywać. Lecz aby te proste rzeczy dostrzec, trzeba mieć oczy otwarte, duszę zestrojoną i umysł jasny – a gdzie tam to u niego, jak on w gruncie rzeczy, choć sam tego nieświadom, wszystkie te praktyki wykonuje czy tez wykonywać myśli jedynie po to, aby być wielkim gościem i mieć więcej sił na rozpustę z dziewczynami, które na niego patrzeć nie chcą?

Nie znęcajmy się jednak zbytnio nad Edwardem. Książka swoje zadanie spełni – będzie to jakiś tam kolejny punkt odniesienia, a wyrażenie „po światłogrodzku” przyjmie się w bratnich rozmowach. Życzmy mu dobrze, kiedyś na pewno mu ten idealny program wyjdzie (w sensie, nie że bokiem, tylko że mu się uda).              (kisz)

Czarne piękno

Posted in Letnia garmażerka with tags on Październik 17, 2017 by tonguetonic

stare bajkiKto przychodzi do dżungli, pełnej nocy i bojaźni? Potwory boją się straszliwych i lekkich dzieci – najbardziej genialnych i najciemniejszych. Prawdopodobnie te bajkowe potwory potrafią widzieć. Jeden z nich stał i zobaczył, że idzie.

(Życie było wspaniałe. Ten statek jest pilotem czarnego piękna, twoje życie pozostanie w ciele. Życie jest wieczne).               [kisz]

Po zajściach w Mocknay’s. Reminiscencje.

Posted in Letnia garmażerka with tags on Październik 2, 2017 by tonguetonic

plastikowy konik

Podobno Julianowi urodziła się córeczka. Żeby było śmieszniej, przyszła na świat w lipcu, więc nadał jej imię Maja. Tymczasem ja przestałem spotykać ludzi kreujących dziwne sytuacje, przynajmniej tak mi się wydawało.

specyficzne jadło

Dziecko zaraz po obudzeniu ćwiczy rysowanie końskiej żuchwy. Julian twierdzi, że to przez jego obłąkańcze próby wynalezienia nowego gambitu. Z tego co widzę, ludzie tacy jak on nigdy nie wychodzą dobrze na grze w szachy.

okno w pomieszczeniu

Pamiętam zdarzenia jak przez mgłę. Pokój usłany klockami, laptop z funkcją nasłoneczniania, nawet jakieś pieniądze walały się po podłodze. Żona Juliana urządzała wystawne przyjęcia, głównie dla kotów. Kiedyś to wszystko dokładnie sobie przypomnę. Dzisiaj obchodzisz urodziny, nie wiem, po co to piszę.

кoБи

Po zajściach w hotelu Mocknay’s. Kwarantanna.

Posted in Letnia garmażerka with tags , , on Wrzesień 8, 2017 by tonguetonic

Stary wieszak drewniany. Napis: Friedrich Arnold Bügenwalde

Minęły całe epoki od obsesji z Julianem. Inni łapacze snów, poniemieckie pomieszczenia, mała wioska na dzikim zachodzie Polski. Prosta garderoba, nienachalne rolnictwo, polowanie wzrokiem duchowym.

Sarna przy oknie. Wykorzystano materiały Sonji Hansel

Zwierzęta stopniowo oswajają się, przedwczoraj sarna podarowała mi nietypowy kamień. Niektóre elementy z drewna wymagają konserwacji. Myślę o napisaniu sensacyjnych pamiętników, pomogą mi wreszcie konsekwentnie gromadzone zdjęcia. Pierwsze próby kontaktu ze mną, z daleka i bliska.

кoБи

Parzywoda

Posted in Letnia garmażerka with tags on Maj 27, 2016 by tonguetonic

parzy woda

Parzy woda, parzucha, ucha-ha! Ucha, bucha wodziucha, ucha-ha, łaaa… Parzybucha, wodzicha, ha ha. Uuuła! Wodzi parucha po ręce, za ucha. Babucha kompoty nalała i chucha. Chuchro wezbrało we brzucha, mucha w garncu plucha. W pocie paruje. Aha, zuchu nie słucha, niucha wrzątucha. Ducha i ducha.

кoБи

Odrzuty z dezynwoltury

Posted in Letnia garmażerka with tags on Listopad 22, 2014 by tonguetonic

cloe2048

Prototyp Cloe 2048 [ryc. 1] opracowany został przez zastępcę głównego inżyniera (nazwisko nieznane) w Fabryce Dezynwoltury Arno Luxemburga. Niestety, nie spodobało się wielkiemu panu kierownikowi – Luxemburg uznał ją za „wizualnie nieatrakcyjną”. Cloe przegrała m.in. z emaliowanym półautomatem SAWA, do którego, jak mówiono, Luxemburg miał szczególną słabość (podobno dbał, aby była dobrze „naoliwiona”!).

Cloe miała być wyposażona w:

* – lampowy pochłaniacz grawitacji
** – hermeneutyczne naczynie do przechowywania promieniowań
*** – fałd antyteoretyczny
**** – miernik poziomu abstrakcji
***** – dzban fenomenologiczny (do absorbcji zjawisk czarnych) [ryc.2]

Zastępca inżyniera sporządził też wstępne projekty czysto mechanicznej transformacji Cloe w konia [ryc.3] oraz dowolną postać opartą na budowie ssaka (tzw. kopiał mammalny [ryc. 4]).          (kisz)

Eugeniusz „Gula” Maślankowski próbuje białego proszku złota od kolegów spod monopolowego

Posted in Letnia garmażerka with tags on Listopad 7, 2014 by tonguetonic

zombi(kisz)

„Nieśmiałość Bogów”, tom II powieści „Planeta, której nie było” Grigorija Cziestnikowa, rozdział dziewiąty (fragment).

Posted in Letnia garmażerka with tags on Październik 31, 2014 by tonguetonic

droga do salfoli

Armo, ja już nie mogę, Armo…Gdzie my idziemy? To na nic, rozumiesz, na nic! Nigdzie nie trafimy, do żadnego Salfoli…Specjalnie wymyślileś tę historię z ukrytym miastem, żeby mnie tu zamęczyć! Co chcesz mi zrobić?! No gadaj, co?! Czy o to ci chodziło, żebyśmy oboje umarli!? Czy tylko o mnie ci chodzi, kto ci to kazał zrobić, gadaj, ty..ty…

Armo zdzielił Wierenę w twarz i chwycił za nadgarstki, które ta chciała podnieść do załzawionych oczu. Targnął nią i skierował jej twarz na południowy wschód.

Tylko tyle jesteś w stanie znieść, ty, która uważasz się za wielką wojowniczkę? Czy jesteś ślepa od łez, czy z szaleństwa? Patrz, do diabła!

Wierena, całkowicie zrezygnowana, podniosła posklejane oczy nieco wyżej.

To wieża…wieża! Wielka wieża radiowa Salfoli! Armo, to wieża!!! Ta, o której mówiłeś! Armo, jeśteśmy uratowani! Będziemy żyć! Armo…

Znowu zaczęła płakać.

Armo…Przepraszam, ja…

Suchy, parzący wiatr błyskawicznie zmieniał łzy na jej twarzy w smugi białego pyłu. Rzuciła mu się na szyję, jemu, szewcowi z Untfis, którym pogardzała. W wytartym szewskim kaftanie z cechowymi blaszkami na ramionach wyglądał dla niej teraz co najmniej jak esauł.

Ich wyschnięte usta złączyły się – ciężki i bolesny był to pocałunek, lecz starali się, by nie trwał nazbyt krótko.

(kisz)