Pogawędki przy szachach

Posted in Letnia garmażerka with tags , on Listopad 22, 2017 by tonguetonic

szachy w parku– Pana godność?
– Lewandowski. Robert Lewandowski.
– O, to ładnie się pan nazywa.
– A dlaczego?
– No tak jak piłkarz.
– To ładnie?
– No wie pan, kiedyś wszyscy nienawidzili nazwiska Lewandowski, teraz wszyscy kochają, także ja bym się cieszył.
– Co…dlaczego wszyscy nienawidzili?!
– A bo to, wie pan, żydowskie nazwisko, od Lewitów, potomków Lewiego.
– Jakie żydowskie, co pan? To od lawendy jest.
– To by było Lawendowski jak od lawendy.
– No, to się przecież przekręciło po latach, jak wiele innych nazwisk.
– Tak tak, kilku milionom ludzi się przekręciło, akurat.
– Panie, to w takim razie jak kilka milionów Polaków jest Żydami razem ze mną, to i ja mogę być.
– No nie od razu kilka milionów, proszę pana, może paręnaście tysięcy.
– Przecież sam pan powiedział, że kilka milionów.
– Nie kręć, Żydzie…Szach.

(kisz)

 

Reklamy

„Örmöz Dziorkön Bistro Challenge” na Porsche 780 Bruxenlux (wymagane rozszerzenie pamięci Delton)

Posted in Dziwoląctwo with tags on Listopad 21, 2017 by tonguetonic

The Large MilshakeTym razem nie Saturn, tylko Ukraina. W zakładce z napisem top secret jest wszystko: wyniki lotto, ekstraklasa, rozkład jazdy PKP, kurs funta i kurs dolara. Masz też zakładkę źródło (source) – tam z kolei jest sennik, horoskop, mapa Polski i tłumacz. Są dwa tryby, tryb prowadzącego i tryb klienta. Prowadzącemu zasadniczo najciężej jest dbać o higienę w lokalu, klientów dopada świerzb albo łuszczyca. Jak jest diagnoza że żółtaczka to wszystko się zawiesza i trzeba wgrywać od nowa. Grę sponsorowało między innymi Tesco, więc jest tam taka wiocha, że jak sprzedajesz u siebie świeżaki z Tesco to wszystko ci się praktycznie udaje, nawet Sanepid cię nie gania. Z kolei zupa z dyni ściąga na lokal same nieszczęścia – złe recenzje w Kwestia Smaku, zmianę czasu, podwyższenie średniej krajowej, a czasem tzw. nową erę – wtedy zmieniają się znaki zodiaku i wszystko się kićka. Podstawowe pytania jakie można zadać tekstowo to: gdzie jest burza, gdzie jestem, kiedy przelew. Zresztą na youtube jest gameplay więc sobie można zobaczyć. Z kolei jeśli grasz w trybie klienta, to cię pyta o każdy szczegół w grze. Na zasadzie jak chcesz do jakiegoś lokalu jechać, to musisz wklepywać jak dojadę. To ci w ogóle (autentycznie!) najpierw wyświetla umowę kupna sprzedaży samochodu, potem musisz sprawdzić pogodę, potem na pocztę ci przychodzą jakieś śmieszne gazety. Są też takie głupoty że możesz robić ćwiczenia oddechowe to ci wtedy lepiej idzie, albo naprzykład wstrzyknąć sobie botoks nie wiadomo po co. Można wysyłać życzenia ślubne, życzenia urodzinowe, występować w bajkach jako żabka lub biedronka. Tylko wtedy trzeba uważać na tzw. łapacz snów, bo się gra skończy. Acha, gdybyś chciał żeby się zrobiła „śnieżka” (czyli że przy sumie twoich dochodów netto podczas kupna towarów pokazuje się taki znaczek i możesz kupować bez ograniczeń), to trzeba wejść do lokalu Łódź i wklepać hasło środki stylistyczne. Także gra byłaby fajna, ale przekombinowali i za dużo opcji dali.

(kisz + кoБи)

Helston (Kornwalia), pralnia zakładowa.

Posted in Opowieści dawnej treści with tags on Listopad 19, 2017 by tonguetonic

pralnia w helstonNiewidoczne opary detergentów/sterylna woń czyściwa/cząsteczki ozonu bombardują szyszynkę. Wypełnione sztucznością miejsce przyciągnęło cię znowu. Przyznaj się – ty, Kozak z Pomorza, deklarujący powrót do korzeni i lasów, pamiętasz jeszcze cichy inkubator. Tam, choć od maci odcięty, mogłeś planować podbój kosmosu, budować monstrualne mentalne stelaże dla półhodowlanych spodków. W podobne zapachy ubiera się tu piękny personel: Coral, Kensa, Demi. Imiona, które zostawiają w powietrzu odkryte kawałki ciała. Duszy oddać nie chcą, co najwyżej zabierają. A może po prostu robi się tu coraz bardziej bukareszteńsko, ze wspólnymi deklaracjami dobrej pracy, konsumpcyjnym ateizmem i nieomal państwowymi środkami czystości z hipermarketu? Imiona bywają zresztą bardziej pospolite, ale coś musi być w tym holistycznym powiązaniu wszystkiego, bowiem każda Lucy i każda Hannah zawsze są warte uwagi. Nie ma sensu zaprzeczać: bylejakości tłustość już cię oplotła. Jedyny ratunek dla ciebie to surowe zasady moralne, bizantyński śpiew.                    (kisz)

Jak narysować Pikachu

Posted in Letnia garmażerka with tags on Listopad 16, 2017 by tonguetonic

jak narysowac pikachu i jak rozpoznac raka

Jak się rysuje Pikachu? No normalnie się rysuje, a jak? No najpierw głowa, potem tułów, potem ręce, nogi…Na końcu robisz szczegóły i tyle. To co ty, masz dziesięć czy tam jedenaście lat i Pikachu nie potrafisz narysować? Przecież to małe dzieci rysują, to ty nie potrafisz? To musisz od razu po internecie szukać? No wiesz co…To czego was tam w tej szkole uczą? Posyłają rodzice do tych szkół nie wiadomo po co, siedź dzieciaku w kieracie codziennie po osiem godzin, a on potem jak inwalida nie potrafi narysować normalnie. To po co do tych szkół ganiasz? Żeby potem po wielce dobrej szkole iść na wielce dobre studia? A potem co, wielce dobra praca, tak? Najlepiej w banku lub korporacji dobrze się rozwijającej, a jak już doktor (co to ludzi chemią zabija) albo prawnik (co to degeneratów broni), to już Pana Boga za nogi, tak? A potem co? Dobry dom starców i dobry cmentarz. No pogratulować życiorysu i pomyślunku, naprawdę, szczyt możliwości dla człowieka. Już mówię że nic tylko lać i patrzeć czy równo puchnie. Dziesięć metrów przede mną.

Co? Że do serii ma być jak rozpoznać psychopatę? Nie, nie psychopatę, jak rozpoznać raka, tak? Acha…to w sumie nie jest taka prosta sprawa, wiesz. Bo naprzykład są dwie osoby. I jedna lubi pizzę taką tylko żeby była gorąca, podgrzana dobrze, a druga chce żebyś jej wypiekł na węgiel prawie, rozumiesz, kiełbasa żeby była taka już podsuszona i brzegi mocno zbrązowiałe czy niemalże prawie czarne. I podobnie te osoby będą mieć z jajecznicą: jedna będzie chciała taką luźną, że rozumiesz białko ledwo ścięte a żółtko prawie pływa, a druga chce żeby to wysmażyć na sucho, że już na patelni przypalone powoli zostaje. I wiesz, teraz otwierasz jedną książkę to ci napiszą że ta co lubi mało wypieczone to jest zdrowa, bo bliżej surowego jest, a ponadto ma w sobie dużo energii ognia (posiada silną wolę, dużo przebywa na słońcu, itp.) i już nie potrzebuje tego ognia z jedzenia ciągnąć. A otwierasz drugą książkę i tam tak stoi: jeśli osoba spożywa dobrze wypieczone, wysmażone pokarmy oznacza to, iż posiada w ciele dużą ilość ognistej energii i jest z nią oswojona, toteż może sobie pozwolić na spożywanie pokarmów o wysokiej zawartości ognia. Taka osoba raczej nie będzie chorować. Natomiast osoby słabe, wątłe, chorowite, nie będą chciały spożywać dań ‚ognistych’, gdyż ich system energetyczny po prostu by tego nie wytrzymał; będą jeść wodnistą, niedogotowaną strawę, niewymagającą przegryzania i łagodną dla przełyku, a im dalej w życie, tym bardziej będzie ich ciągnąć do rozmaitych papek.

A doktor? Doktor to ci w ogóle nic nie powie, tylko tak cię będzie ganiać: tu pani pójdzie, tam się pani prześwietli, potem pani przyjdzie, potem pani to, potem tamto. Tu „nie wiemy jaka jest przyczyna”, tu „prawdopodobnie są jakieś zmiany”, tam „prawdopodobnie jest to złośliwe”. I tak ganiaj od jednego do drugiego z przerażeniem i nadzieją w oczach, a na końcu cię mądry do kostnicy odeśle. A co mu tam, przecież nauka leczy parę procent przypadków, to się w statystyce zmieści. On tam ma pięćdziesięciu paru innych pacjentów co na wielką łaskę czekają. No, ale jak ktoś się nie wyleczy z raka pijąc wodę utlenioną to będzie wielka afera: ciemnogród, szarlatan, ludzie przez niego umierają.

To nie ma co (jak mawiał Kantor)!                                             (kisz)

Zza mgły i świateł

Posted in Opowieści dawnej treści with tags on Listopad 13, 2017 by tonguetonic

wizjaByłem bardzo mały, leżeliśmy w kojcu i zobaczyłem. Twarz z długą brodą, to Trehlebow był. On już wtedy mi powiedział o Przodkach, mówił że do trzydziestego czwartego roku życia mogę sobie trochę folgować, ale później mam się za siebie wziąć, od listopada, więc się biorę. Ty wtedy zasypiałeś i dzwoniły jakieś zielone bąbelki. Trehlebow orzekł że to dobrze, że przebywasz w światach przyczynowych, wśród Przodków. Powiedział jeszcze, że w przyszłości odkryję jakiś nowy alkaloid, tarotobinę, i ogólnie żeby się nie przejmować bo wszystko dobrze się ułoży. I ja to wszystko przez całe życie chciałem innym powiedzieć, ale nikt mnie nie słuchał.                (kisz)

Wari. Legendarny „półkownik” już w sieci!

Posted in Obuwie służbowe with tags on Listopad 5, 2017 by tonguetonic

wari

Sierpień 2014. Jan Sielawa i Edward Kiszecki eksplorują kulturę Czarnego Narodu, rozgrywając wielogodzinne partie wari (pierwotnym zamiarem było eksplorowanie kultury Rasy Smoków poprzez grę w go, ale po pierwszych próbach stwierdzono, iż trzeba by zbyt długich teoretycznych przygotowań). Wynikiem umysłowego znużenia obojga jest film Wari (tytuł, jak widać, wielce wyszukany). Warta podkreślenia jest jeszcze inna okoliczność – Edward Kiszecki nie zdaje sobie wtedy jeszcze sprawy z tego, że za trzy miesiące dozna kulturowego szoku odkrywając korzenie swojej własnej, słowiańskiej kultury. Poskutkuje to długą przerwą w publikacjach na Toniku Językowym, a nawet próbami uśmiercenia tożsamości autora jako zbyt dekadenckiej. Kiszecki jednak powrócił i zapowiada, że również na Toniku pojawi się więcej słowiańskich wartości, a nie same wymysły i głupoty.

Z tego właśnie powodu – odkrycia prawdziwego oblicza Słowiańszczyzny przez Edwarda Kiszeckiego (którego to odkrycia trzecia rocznica wypada właśnie za dwa dni) władze internetu zablokowały na ponad trzy lata publikację filmu Wari sugerując, iż Kiszecki stał się prawicowym ksenofobem, a sam film, nawiązujący tytułem do kultury czarnego człowieka, musi mieć z pewnością ukryte rasistowskie przesłanie. Nic bardziej błędnego – przebudzony Edward Kiszecki to istota bardziej przyjazna Człowiekowi w ogóle, opowiadająca się za zachowaniem tożsamości i kultury wszystkich narodów świata. A film? Cóż, dziś, po latach, rażą trochę dłużyzny o wątpliwej wartości estetycznej oraz słaba jakość dźwięku, a zakończenie może wydać się zbyt wydumane. Na uznanie zasługuje jednak wybitna kreacja aktorska Jana Sielawy a także fakt, iż Kiszecki już wtedy,  chociaż bardzo nieśmiało, próbował nosić brodę. Sława!             (kisz)

Yako taki takoyaki (Osaka).

Posted in Opowieści dawnej treści with tags on Listopad 4, 2017 by tonguetonic

yako taki takoyakiDobrze córciu, to byśmy byli. Co, to gdzie najpierw? Do lokalu, tak? Dobra, to pójdziemy do restauracji. O, tam jest taki szyld, po japońsku „takoyaki” stoi. No, to są takie smakołyki ichnie, będą ci córcia smakować. Trzymaj mnie za rączkę, córuś, bo tu pełno człowieka. Mnożą się te Japońce, bo to i pracowite, i zdrowo się odżywia. No chodź, chodź. O, już wchodzimy. Co? Fuj? Rybą śmierdzi? No czekaj, jak już weszliśmy to może usiądziemy. Halo! Przepraszam, można tu usiąść czy trzeba czekać na wskazanie stolika?! Przepraszam?! E, chyba nie słyszą. Dobra, to tu usiądziemy. To czekaj córcia, co byśmy wzięli…Znaczy, tutaj tylko takoyaki mają. Aha, bo to jest opiekana ośmiornica, a ty mięsa nie lubisz. Czekaj, no może wegetariańskie robią. Trzeba zapytać bo tu na tej karcie to mało co jest, a poza tym tych ich krzaczków to się nie rozczyta. Halo! Kelner!? Kiudzi! Kiudzi?! O, ktoś do nas idzie. Co on mówi, nie mam pojęcia…Może coś się pyta. Takoyaki niku naszi. Niku naszi! Da, da. Chyba nie rozumie. Nie wiem, czy on się denerwuje na nas czy co. Patrz, coś nam palcami pokazuje. Dobra, pokiwałem mu że tak. No, przynajmniej sobie poszedł.

Może coś nam zaraz przyniosą. Tak tak, później pójdziemy na jakieś lody bo tu chyba nie mają. No chyba że z ośmiornicy lody, hehe. Oo, coś chyba do nas idzie. Co on tu przynosi…Wiem córcia że nie będziesz tego jadła, wiem, ale dobra, niech już postawi na stole, a zaraz coś innego weźmiemy. Arigato go zaimaszita, spasiba. A, bo to nam podwójne porcje dali. Dobra, to ja jakoś to zjem. A dla ciebie może frytki zamówimy, tylko czy tu mają frytki. Kiudzi! Kiudzi! Nic się nie dzieje. Sutaffu! Kurcza, trzeba się wydzierać bo strasznie tu głośno. Sutaffu! O, znowu ten sam do nas idzie. To poproszę o frytki. Furaido poteto pażałsta. Da, no, długie takie, da. Chyba zrozumiał. Czekaj, już wraca. Co on do nas niesie? Co on nam całą ośmiornicę przywlókł? Co? Ikayaki? Hehe, o co mu chodzi, chce nam kajaki wcisnąć? Co? Aha, to kalmar, że robią też smażone kalmary. Nie nie, my tego nie bierzemy, dziękujemy. De wa arimasen, danke schon, zabrać. Paszła, paszła won. Kurcza, rękami coś zaczął wymachiwać. Poszedł. Dobra córcia, to ja wyjem środki, a tobie dam samo ciasto, może być? Co? Że mięsa dotykało? Ale to nie mięso, to ośmiornica…No dobra to czekaj, zjem parę i idziemy. No, nie takie złe te takoyaki. Czekaj córcia, teraz jakiś inny do nas idzie, chyba jakiś ważny. Byłby numer jakby nas wywalili. Na razie się uśmiecha. No nie, nic kompletnie nie rozumiem co mówi. Ty coś rozumiesz? Wy coś tam w szkole mieliście japońskiego? Tłumaczy coś i tłumaczy, kłania się, ale ni w ząb zroumieć nie idzie. Też poszedł, a zadowolony z siebie że hej. No nic, kończę tę ośmiornicę i idziemy na lody. Co?! Znowu coś niosą, zdurnieli do reszty?! To co teraz będzie, smażona małpa? No dobra kitajcu, nie kłaniaj się tylko powiedz coś przyniósł. Aaa, patrz, to jeszcze co innego jest, to je okonomiyaki. To takie, o, placki, a w środku nawalone co popadnie. Czekaj córcia, to chyba mięsa nie zawiera. Da, da, bedzitarian, da, spasiba. Patrz, zrozumieli w końcu że bedzitarian przyszedł. Co, może być? Dobre? No to fajnie. Może tu jeszcze na kolację wrócimy, to sobie te kajaki wezmę, hehe.

Ołaa, dobra, to byśmy mieli pojedzone…To idziemy. Uff, przynajmniej tu świeże powietrze na zewnątrz. Znaczy świeże to za dużo powiedziane, ale jest. Patrz córcia, jak się tak zrobi z oczami to wyglądamy jak Japończyki.               (kisz)

Luxemburg/Bruxensztajni: Pieśń Verdens Lysa ze „Złotych Wód Arktogeji”

Posted in Obuwie służbowe with tags on Listopad 2, 2017 by tonguetonic

Verdens Lys

Mniej więcej w połowie lat siedemdziesiątych XX w., Orło Światłogrodzki i Lew Bruxensztajni zaczęli wzajemnie oddziaływać na swoją twórczość na tyle silnie, że Bruxensztajni zabrał się za pisanie scenariuszy filmowych i ich realizację, a Światłogrodzki (jako Luxemburg) zajął się tworzeniem muzyki. Bruxensztajni, zachwycony Trylogią Planetoid, postanowił zrealizować Trylogię Słowiańską. W przeciągu niecałych dziesięciu lat powstały trzy filmy, których łączny czas trwania wynosi ponad 16 godzin. Były to: Złote Wody Arktogeji (1978), Nawi (1983), oraz Patriarcha (1987). Przy ich realizacji Bruxensztajni oczywiście ścisle współpracował ze Światłogrodzkim, często więc uznaje się je jako dzieła wspólne autorów. Wiadomo jednak, że Światłogrodzki w czasie ich powstawania był na tyle zafascynowany tworzeniem dźwięku, iż większy jest jego wkład w muzykę do tych filmów, aniżeli reżyserię. Dziś na Toniku Językowym prezentujemy Pieśń Verdens Lysa z musicalu science fiction jakim były Złote Wody Arktogeji. Napisana przez Arno Luxemburga, a zaaranżowana i wykonana przez Lwa Bruxensztajniego (w oryginale filmowym głosu do pieśni użyczył Bernard Ładysz).             (kisz)

„Volga Oxenvint” na Porsche 800 Bruxenlux

Posted in Dziwoląctwo with tags on Październik 28, 2017 by tonguetonic

stara gra komputerowa Volga Oxenvint, strona tytułowa

Dowódca statku kosmicznego Vuro Yaurta wyrusza na poszukiwanie tajemniczej istoty. Skończyła się właśnie burza mgławicowa i gwiezdny pył wypełnia przestrzeń międzygalaktyczną. Główny kryształ kokpitu wyświetla co kilka minut tylko dwa wyrazy. Volga Oxenvint. W rodzinnym mieście kapitana Vuro krążyła legenda… Podobno jego dziadkowie widzieli jeszcze dziwną planetę, na której życiem nie sterowały maszyny. Słyszał o silnych, niespotykanych strukturach, budowanych jakby dzięki falom elektromagnetycznym, wyrastających bezpośrednio z powierzchni gruntu. Tam żyli ludzie podobni do nas… Vurowi krew uderza do głowy, coś mu się przypomina… To było w czasie katastrofy… Mała dziewczynka na łodzi podwodnej… Zabrali ją przedstawiciele innej rasy…

Volga Oxenvint, 16-etapowa gra przygodowo-logiczna obsługiwana przez komputer elektronowy Porsche 800 Bruxenlux, dostępna na szpulach mikrokodujących. Muzyka Lwa Bruxensztajniego oparta na dźwiękach fotosyntezy. W grafice Arno Luxemburga wykorzystano wielkoformatowe zdjęcia udostępnione przez radziecką agencję Interkosmos. Autoryzowany scenariusz na podstawie Trylogii Planetoid. Poznaj nowy wymiar, zobacz stary świat. Volga Oxenvint.

кoБи

Dzwoń, dzwoneczku!

Posted in Letnia garmażerka with tags on Październik 27, 2017 by tonguetonic

kiszecki czyta swiatlogrodzkiegoKupił wreszcie tę książkę, bo już od paru tygodni chodził i o niej gadał. Po drodze wściekł się na połowicę i rzucał chlebem (jak czubek), kiedy się okazało, iż domowe środki na zakup nie wystarczą. Insynuował, jakoby żeńszyna spowodowała zbyt duże zużycie internetu oglądaniem miernych seriali. Wojował z myślami, czy kupić teraz i zapłacić rachunek w innym terminie, czy kupić w innym terminie i zapłacić rachunek teraz. Po paru dniach jednak kupił, a zapłaci w innym terminie. Przecież jak ma tę książkę, to zacznie nowe życie. Program w głowie już układa się. Pierwsze co, trzeba jednak zadzwonić do brata i popisać się objawieniami w literach zawartymi. Dzwoni, gada głosem nakręconym, skończyły mu się środki – doładował i znowu dzwoni. Brat niby to podziela uniesienie, ale jakby nie na tyle, na ile jest zasługiwane i nie tak, jak było oczekiwane. Aby wrażenie niedosytu zamazać, trzeba jak najwięcej nawijać. Dobra, rozmowa skończona. Zrobić herbatę, zjeść chleba z wędliną (od jutra przecież nowe życie), wypić mocną herbatę z cukrem. Będzie siedział po nocy, plan na jutro ułoży: oczyszczanie, program ćwiczeń, harmonogram na pół roku, zdrowe zakupy. Jeszcze nagra się w szachy ile wlezie (od jutra życie będzie idealne, więc z szachami koniec, likwiduje konto), aż go sen zacznie morzyć. Rankiem obudzi go rozdrażnienie – nie wyspał się, a herbatą pobudzać się nijak, jako że pił ją późnym wieczorem (poza tym miał z kofeiny rezygnować); doszło też do niego, że trzeba zapłacić rachunek w innym terminie, a jeszcze wydał na doładowania. A jeśli ma przeprowadzić zakupy żywieniowe w organicznym sklepie, musi wydać jeszcze więcej – bez tego jak zrealizuje co do joty idealny program? Znowu więc na żeńszynę wjeżdża, robi się awantura…

Tak naprawdę, Światłogrodzki [w publikacji lubelskiego wydawnictwa Veda jako Światłogrocki – jest to kolejna wersja nazwiska, której używał ekstrawagancki autor; odkryto również pseudonim Arnulf Lichtengrott] nie pisał o żadnych zakupach – gdzieżby on tam, na Sachalinie, prawie sto lat temu, zdrowe zakupy robił? Do ścieżki ognia wystarczy las, słońce, własna uryna oraz siła ducha, aby ćwiczenia wykonywać. Lecz aby te proste rzeczy dostrzec, trzeba mieć oczy otwarte, duszę zestrojoną i umysł jasny – a gdzie tam to u niego, jak on w gruncie rzeczy, choć sam tego nieświadom, wszystkie te praktyki wykonuje czy tez wykonywać myśli jedynie po to, aby być wielkim gościem i mieć więcej sił na rozpustę z dziewczynami, które na niego patrzeć nie chcą?

Nie znęcajmy się jednak zbytnio nad Edwardem. Książka swoje zadanie spełni – będzie to jakiś tam kolejny punkt odniesienia, a wyrażenie „po światłogrodzku” przyjmie się w bratnich rozmowach. Życzmy mu dobrze, kiedyś na pewno mu ten idealny program wyjdzie (w sensie, nie że bokiem, tylko że mu się uda).              (kisz)